Pierwszy raz zwrócił nam na to uwagę, niemal dwadzieścia lat temu, pewien menadżer dość wysokiego szczebla z prywatnego sektora.
Wspominał, jak w latach dziewięćdziesiątych rekrutował pracowników.
Przychodziła taka „sierota” i coś tam stękała podczas rozmowy nie patrząc w oczy.
Tymczasem po zatrudnieniu okazywało się, iż nowy pracownik potrafi niemal wszystko.
Na początku obecnego tysiąclecia wszystko się zmieniło.
Kandydaci do pracy zaczęli wkraczać pewnym krokiem na rozmowę kwalifikacyjną i patrząc w oczy zadającym pytania odpowiadali mniej lub bardziej mądrze, z pewnością siebie wprost proporcjonalną do zajefajności strony wizualnej którą prezentowali.
Widać było, iż z sukcesem zaliczyli szkolenie odnośnie kreowania wizerunku, by sprawiał on wrażenie fachowości.
Opanowali garderobę, postawy, gesty i mimikę. Pewnością siebie epatował ich ton głosu.
Sprawnie formułowanymi wypowiedziami odpowiadali na pytania o konkrety, które w zalewie mądrych słów gdzieś się gubiły.
Branża prywatna, nawet jeśli dała szansę widząc potencjał w kandydacie, szybko jego parametry weryfikowała.
Sektor państwowy i uczelniany, to jednak całkiem inna bajka.
Tu się liczy budowanie grup wzajemnego wsparcia.
Świat uczelniany, podkreślmy, iż to nie to samo co naukowy, to kwintesencja kolesiostwa.
Ciągnie się w górę swojaka, tworzą się powiązania, a później swojak ciągnie kolejnego przebytą przez siebie ścieżką.
Tytułów naukowych przybywa, rośnie prestiż.
Jakaś konferencja i zapowiedź (robimy oczywiście karykaturę): „Głos zabierze mądra osoba, bo jest doktorem czy profesorem”.
Tylko nikt nie sprawdza, czy za tymi tytułami znajduje się godna ich wiedza i umiejętności.
No… czasem ktoś sprawdzi, jak dowodzi przypadek Pani Mróz-Goroń.
Ciekawe, że niesławny raport zaprezentowano już w grudniu 2025 r.
Jak widać, do teraz nikt go nie przeczytał, włącznie z autorką (tzn. nie AI tylką panią Mróz-G) bo by chyba zorientowała się jakie głupoty tam się znajdują.
I to jest kwintesencja życia naukowego i wzajemnego wspierania bliższych i dalszych kolesiów.
Odhaczono, iż praca „naukowa” została napisana. Kolejny sukces. Nikt wartości „dokonania” nie zweryfikował, no ale po co. Wyznaczmy sobie kolejny szczebel i ścieżkę jak na niego się wspiąć, nie spociwszy się zbytnio intelektualnie.
Właśnie dlatego od lat głosimy, iż zanim zacznie się szanować jakiegoś „doktora” czy „profesora” zweryfikujmy, czy wartość intelektualna tego człowieka jest adekwatna do tytułów, którymi się posługuje.
Warto też, by taki medialny profesor miał coś wspólnego z kulturą słowa no i taką… ogólnoludzką.
Czy wg tych standardów tacy prof. jak Markowski czy Sadurski zasługują na bycie intelektualną elitą?
Jeszcze słów kilka o nowomowie i generalnie przekonaniu tych 'y’nteletualistów o głupocie plebsu, czyli ludzi spoza ich środowiska.
Najstraszniej było to widać podczas kampanii wyborczych Pana Trzaskowskiego.
Przekonanie jego sztabu, iż wie co chcą ludzie spoza ich bańki było przerażające.
W skrócie sprawdza się to do tego: „To głupki, więc wystarczy głupio mówić, żeby ich pozyskać.”
Widzieliśmy jak to się skończyło.
Pani Mróz-Goroń to skrajny przykład takiej postawy.
Koledzy i koleżanki z uniwerków, rad nadzorczych i think tanków kiwaliby główkami i bili brawo słuchając bełkotu fajnie wystylizowanej pani.
I wszystko toczyłoby się dalej swoim torem.
Dzisiaj nie da się już myślących ludzi, nie będących częścią mainstreamu, wygumkować, poprzez zablokowanie dostępu do radia czy TV.
Mamy Internet.
I Jahwe, Buddzie, Kali, Allahowi, Zaratustrze i Zeusowi dzięki za to.